przejdź do treści strony kontakt
strona główna 501 936 975 menu wyszukiwarka

Tadeusz Jędrzejczak: lubuskie po 25 latach ma się dobrze [WYWIAD]

Z MIASTA

Adam Oziewicz
2024-03-25 10:34
9493

Inauguracja kampanii wyborczej do sejmiku Lewicy - Gorzów, bulwar wschodni

Inauguracja kampanii wyborczej do sejmiku Lewicy - Gorzów, bulwar wschodni (fot. ao)

Tadeusz Jędrzejczak, radny sejmiku dwóch kadencji, od 2016 roku członek zarządu województwa, były prezydent Gorzowa i parlamentarzysta w rozmowie z gorzow24.pl podsumowuje 9 lat współdecydowania o rozwoju lubuskiego.      

Adam Oziewicz: 25 lat województwa lubuskiego... To czas wzmacniania samorządów, realizacji idei silnych regionów czy przeciwnie? 
Tadeusz Jędrzejczak: – Jestem zwolennikiem decentralizacji i zwiększania uprawnień w terenie dla organizacji samorządowych – sejmików, rad powiatów. Byłem w sejmie gdy przygotowywaliśmy ustawę reformującą Polskę, walczyliśmy o lubuskie razem z kolegami z Zielonej Góry. Uważam, że idea samorządu absolutnie się sprawdziła. Zwracam uwagę, jeżeli prezydent Gorzowa buduje drogę to wszyscy, którzy przy niej mieszkają o tym wiedzą – buduje, nie buduje, dobrze czy źle, w terminie czy z opóźnieniem. Jeżeli gorzowianin pracuje w edukacji to widzi czy miasto dba o jego szkołę, o jego pobory, czy wszystko odbywa się zgodnie z kalendarzem. Z kolei w szpitalu, gdzie organem prowadzącym jest województwo, pacjent, lekarz, pielęgniarka, dyrektor czy prezes szpitala wiedzą czy placówka się rozwija. Do tego nie są potrzebne informacje w ogólnopolskich mediach. Przy tym obywatel ma prawo i szansę do zweryfikowania tego, co mówi prezydent miasta, marszałek, wójt czy starosta i radni, bo wszystkie formy działalności samorządu są jawne. Jawne są finanse, uchwały. Nie ma tajnych czy poufnych decyzji samorządu – wszystkie są ogłaszane w biuletynach czy dziennikach gminy, powiatu, województwa czy miasta. Każdy ma prawo tam zajrzeć i sprawdzić. Co więcej, samorządy same chwalą się decyzjami, które podejmują, wydając różnego rodzaju gazety.                                             
 
Chcę przez to powiedzieć, że decentralizacja, stworzenie samorządowej Polski w 1990 roku, zmiany w ustawach, przy których pracowałem w latach 90, w znacznej części doprowadziły do stworzenia społeczeństwa obywatelskiego, które interesuje się swoim otoczeniem i ocenia swoje władze, aktualnie raz na pięć lat.
 
Lubuskie w momencie powstania było w kraju postrzegane jako tymczasowe. Dla mieszkańców regionu po 25 latach oczywiście już nie jest. Ale czy dla ludzi z podlaskiego czy nawet Wielkopolski nasze województwo to trwały twór samorządowy? 
– Ludzie z Warszawy, szczególnie ci, co mają wpływ na władzę, zwykle pochodzą spoza stolicy. Przez to tzw. neofici, prościej – jak mówią sympatycznie – słoiki, chcą być bardziej warszawscy niż warszawiacy ze śródmieścia. Efektem jest ich przekonanie, że najlepiej wiedzą, jak w Polsce powinno być. Tymczasem najczęściej są w błędzie. Oczywiście, województwo lubuskie nie było przewidywane w pierwszej wersji dokumentu dla  reformy administracyjnej. Potem walczyliśmy o zapis w ustawie sejmowej o powołaniu województwa lubuskiego ze stolicą w Gorzowie z siedzibą wojewody. Bo nadal mamy dualizm władzy – wojewodę i władze samorządowe. Zobaczymy, jak to będzie dalej. Na pewno w tej kadencji parlamentu nie będzie żadnych zmian granic województw. 
 
Co istotne, województwu nic nie grozi. Zmian granic regionów, ani ich stolic nie ma w żadnej agendzie. To co czasami jest przedstawiane i interpretowane jako zagrożenie dla lubuskiego wynika z faktu, że cały czas są prowadzone analizy i badania dotyczące regionów, miast – rankingi, porównania w dziedzinie migracji ludności, inwestycji, efektywnego wydawania środków pomocowych to nasza codzienność. Po to są ośrodki badawcze, uczelnie, naukowcy, analitycy, aby sprawdzać, monitorować dane i zjawiska. Zatem, w ciągu najbliższych lat zmian nie będzie i nikt tego typu decyzji nie będzie podejmował, bo niczemu nie będą służyły. Województwa się obroniły, lubuskie też. 
 
Siłą naszego regionu jest zgoda między północą a południem. Oczywiście, co jakiś czas mamy spory na różne tematy... Najbardziej żałuję tego, że nie udało nam się w 1997 i 1998 roku, kiedy podejmowaliśmy decyzje i byłem posłem, namówić kolegów z Choszczna, Barlinka, Myśliborza i Dębna do lubuskiego. Z kolei kolegom z Zielone Góry nie powiodło się – choć taka poprawka była zgłoszona w sejmie – przyłączenie Głogowa do naszego województwa. Przegraliśmy te głosowania, ale była też druga część zamieszania związana z powstaniem regionu: ambicje Poznania... Poznaniacy zgłosili poprawkę przewidującą kontakt ich regionu z granicą na Odrze z Niemcami – w ten sposób uzyskaliby dostęp do niektórych ważnych środków pomocowych. 
 
Drugą sprawą przesądzająca o głosowaniu za regionem lubuskim był urząd skarbowy w Rzepienie – wtedy był najistotniejszy w Polsce. Tamtejszy urząd skarbowy pozyskiwał największe opłaty na przejściu granicznym drogowym w Świecku i kolejowym w Kunowicach za towary wwożone i wywożone z Polski. Przypominam, wtedy jeszcze nie byliśmy w UE. 
 
Kolejna rzecz, która wzburzyła kolegów z innych regionów kraju, zarazem dała nam szansę na ich głosy w sejmie to fakt, że Poznań chciał, aby powiat wałecki – Wałcz z ośrodkiem przygotowań olimpijskich – był włączony do Wielkopolski. Na to w pozostałych regionach nie było zgody. Po odrzuceniu wspomnianych wniosków stało się jasne, że lubuskie powstanie w tym kształcie jaki mamy do dziś.                                             
 
W lubuskim, szczególnie w Gorzowie, jest grupa ciągle niezadowolonych ze wszystkiego, co ich otacza – nie akceptują tego, co się zmienia na lepsze, a nie – jak twierdzą – na gorsze. Podkreślę, że dzięki temu, że przez dwie kadencje – jeszcze jako prezydent miasta – byłem członkiem zarządu związku miast polskich i objechałem cały kraj od południa do północy i ze wschodu na zachód, przez ten czas z uwagą śledziłem, co się dzieje w miastach, które straciły status wojewódzkich. Patrzyłem na Kalisz, Leszno, Piłę, Konin, Łomżę, Ostrołękę, Częstochowę... Nie życzę nikomu w Gorzowie, abyśmy szli w kierunku na przykład Piły. To miasto liczy aktualnie 75 tys. mieszkańców. Przestało być stolicą regionu – już od dawna nie ma tam instytucji związanych ze statusem wojewódzkim. Dotyczy to też Radomia, choć to duże miasto. Po latach tego typu konsekwencji nie da się odwrócić, bo ludzi działających na szczeblu wojewódzkim, którzy mają szersze spojrzenie, ogląd na cały region nie da się zatrzymać. Dlatego apeluję, dbajmy o swój region, współpracujmy, także na linii Gorzów – Zielona Góra, na rzecz jego rozwoju, również w ramach sejmiku. Wbrew pozorom wiele decyzji tam podejmowanych ma znaczenie strategiczne. 
 
Lubuskie to efekt realizacji idei samorządności, ale też ludzie... Dwie kadencje Tadeusza Jędrzejczaka w sejmiku, od 2016 roku także w zarządzie województwa, jako odpowiadającego m.in. za relacje międzynarodowe. Proszę wskazać największe osobiste sukcesy?
– Lubuskie w większości to ziemie w polskiej administracji od 1945 roku. Historia dla nas jest skomplikowana, dlatego dobrze, że politykom w regionie – a politykiem czuję się od ponad 30 lat –  udało się przekonać mieszkańców do idei Unii Europejskiej. Zatem ludzie stąd mają świadomość, że nie tylko mieszkają w Gorzowie, nie tylko wiedzą, że ich ziemie mają swoją historię polsko-niemiecką, ale mieszkają przede wszystkim w Europie. Bliskość i otwarcie granicy, wejście do strefy Schengen, likwidacja wiz, swobodny ruch graniczny powodują przełom w ludzkiej mentalności. Dlatego u nas znacznie łatwiej było zaimplementować kapitał zagraniczny, łatwiej tu było przyjąć imigrantów – nie mam na myśli tylko Ukraińców, także wcześniej Chińczyków, którzy budowali u nas fabryki – Szwedów, Francuzów, którzy stali się elementem krajobrazu gospodarczego czy społecznego. Na naszym terenie nie mamy z tym problemu, tak jak nie mieliśmy problemu z zamknięciem historii niemieckiego Gorzowa poprzez budowę dzwonu pokoju na placu Grunwaldzkim. Bo historia 80 lat po wojnie nie może decydować o tym, co będziemy robić z wspólną polsko-niemiecką przyszłością.
 
W zarządzie miałem dwa podstawowe obszary działalności – program Interreg Polska-Brandenburgia oraz Polska-Saksonia za pośrednictwem powiatu żarskiego na południu lubuskiego. Dla mnie najważniejsze, że te programy udało się przekształcić w programy społeczne. Wcześniej było tak, że jak Brandenburgia czy Saksonia uzgodniły z rządem polskim, tak wychodziło w głosowaniu. Zmieniliśmy to i euroregiony z tzw. czynnikiem społecznym – naukowcami, przedstawicielami Zielonych i organizacjami pozarządowymi, ale też samorządami i przedstawicielami rządów – razem decydują. W rezultacie nie zawsze głosowania są po myśli rządów, za to są po myśli projektodawców, którzy przygotowywali i składali swoje wnioski, co było dużym pozytywnym zaskoczeniem. Dzięki temu udało się wypracować formułę gdzie pieniądze z Interregu nie płynęły tylko do Zielone Góry i okolic. 
 
Jak to się działo? 
– Zielona Góra nalegała na powiaty i gminy, aby nie składały wniosków do Interregu, bo to właśnie oni składają, a skoro tak to inni nie mają szans na te środki i nie ma to sensu, szkoda czasu... Przypominam, że środki z programu mogą być przydzielone i wydawane, gdy zarówno po polskiej jak i niemieckiej stronie są partnerzy projektu. Ostatecznie, dzięki przyjętej polityce, jako strona społeczna mieliśmy większość na posiedzeniach interregowskich, stąd skutecznie mogliśmy decydować o kierowanych środkach. Bywało, że wspomniane spotkania były w ciężkiej atmosferze i przy sprzeciwie przedstawicieli rządu. Zresztą nie zawsze to my mieliśmy rację...
 
Wśród zrealizowanych projektów interregowskich są: Muzeum Woldenberczyków w Dobiegniewie, rewitalizacja śródmieścia Strzelec Krajeńskich, budowa ścieżki rowerowej nad Wartą – przedłużenie bulwaru, czy też park Siemiradzkiego w Gorzowie. Ponadto powstał dom kultury w Witnicy, pozyskaliśmy w ten sposób pieniądze na modernizację dawnej siedziby burmistrza w Kostrzynie. To też projekty związane ze Słońskiem i z ochroną środowiska, ale również projekty kulturalne. Po raz pierwszy, przed kilkoma laty, przekazaliśmy na jeden i drugi Euroregion – Pro Europa Viadrina oraz Sprewa-Nysa-Bóbr – po kilkanaście milionów złotych, dzięki czemu mogą realizować tzw. małe projekty dotyczące przedszkoli, szkół, sportu, kultury itd.         
 
To, że wspomniane środki finansowe sprawnie wydaliśmy i udało się je implementować po polskiej i niemieckiej stronie to duży sukces, bo UE kładzie duży nacisk na współpracę przygraniczną – aby ludzie się poznawali, chodzili do tych samych szkół, przedszkoli, aby korzystali z tych samym projektów kulturalnych, sportowych i edukacyjnych. Powiem więcej, z Interregu finansowaliśmy słynny park Zatonie w Zielonej Górze. Ale Interreg to nie wszystko – są także kontakty regionalne. Europa – przypominam – to właśnie kontakty na poziomie regionów. Nasz kontynent składa się regionów a nie państw, o czym mało kto w Polsce mówi i pamięta – z tego powodu jest wiele nieporozumień. 
 
Jeszcze jedno... Po przeglądzie naszych lubuskich kontaktów z koleżankami i kolegami z innych krajów, uznaliśmy że jako województwo powinniśmy wzmocnić relacje z tą częścią Europy, w której mieszkamy. Dlatego doprowadziłem do podpisania porozumień z Wojwodiną w Serbii, z Krajem Libereckim w Czechach, z Batumi w Adżarskiej Republice Autonomicznej w Gruzji. Odnowiliśmy, nawiązaliśmy bliskie kontakty z Brandenburgią i Saksonią, ale też z Francuzami z Departamentu Lot, czy z Chińczykami z wyspy Hajnan, która w całości jest strefą ekonomiczną. 
 
Ponadto w moich kompetencjach było prowadzenie blisko 200-osobowego zespołu zajmującego się architekturą, planami przestrzennymi, geodezją, nieruchomościami i zarządzaniem majątkiem  województwa. Plan przestrzenny, który uchwaliliśmy przed kilkoma laty był realizowany właśnie przez mój departament. Zresztą podobnie jak strategia rozwoju województwa czyli główna część naszej aktywności. 
 
Wskazałem główne aktywności... Ponadto przygotowaliśmy w regionie inicjatywy dotyczące współpracy w zakresie organizacji wypoczynku dzieci i młodzieży z Ukrainy i Białorusi, także w dziedzinie biznesu. Jako biuro współpracy zagranicznej byliśmy kreatorami głównej części pomocy dla uchodźców, zajmowaliśmy się też zakupem sprzętu ochronnego w pandemii z certyfikatami europejskimi. Tego typu projektów było wiele. Ale też jako członek zarządu uczestniczę co tydzień w spotkaniach zarządu, co miesiąc w sesjach sejmiku. Zadań jest sporo, ale ta praca ma zupełnie inny charakter niż w mieście. 
 
Lubuskie wygląda inaczej z perspektywy prezydenta miasta Gorzowa i z perspektywy radnego sejmiku czy członka zarządu województwa? Coś pana zaskoczyło? Może ciągle zaskakuje? 
– Odpowiem szczerze... Po 16 latach szarpaniny w mieście, gdzie każdy obywatel z problemem – drzwiami wejściowymi do swojego budynku, dziurą w drodze, niepunktualnym autobusem, brakiem miejsca w przedszkolu dla dziecka – był u prezydenta, rzeczywiście odczułem różnicę. W samorządzie województwa, w sejmiku, na piętrze gdzie pracuje zarząd, nagle się okazało, że jest o wiele spokojniej. Obywatele nie przychodzą. Większość spraw, które trzeba prowadzić, które wymagają natychmiastowej reakcji w mieście, w województwie nie występują. 
 
Ze zmianą miasta na województwo wiązało się też dla mnie przykre doznanie. Otóż przypominam, byłem dość walecznym prezydentem, wzmacnianie pozycji Gorzowa w województwie było dla mnie ważne. Dlatego niekoniecznie lubiano mnie w Zielonej Górze, ale szanowano. Przykro mi było, gdy patrzyłem jak z roku na rok ranga Gorzowa i prezydenta miasta w lubuskim maleje. Nie chodzi mi o opinie zarządu województwa, ale w ogóle oceny ludzi związanych z regionem. Po początkowej aktywności prezydenta i urzędników, chęci przyjeżdżania na sejmiki, interesowania się sprawami Gorzowa na szczeblu samorządu województwa, entuzjazm był coraz mniejszy. Wychłodziła się uwaga miasta w tej dziedzinie. Aż w końcu Jacek Wójcicki przestał być autentycznym partnerem dla działań w województwie. Tak się stało z wielu powodów... 
 
Gdy zacząłem pracę na szczeblu samorządu województwa o Gorzowie mówiono – liczono się z naszymi opiniami. Potem, z roku na rok, nasz głos był coraz słabiej słyszany. Teraz, nawet jak w Gorzowie jest inicjowany jakiś pomysł istotny dla lubuskiego to nikt w sejmiku się tym nie przejmuje. 
 
Obserwując kolejne budżety województwa lubuskiego – w tym roku po stronie wydatków jest 1,2 mld zł – uważa pan, że istniejący system finansowania zapewnia podstawowe potrzeby regionu? A może podział środków powinien w większym stopniu odpowiadać na realia województwa?     
– Nie zgadzam się z tezą, że pieniędzy jest za mało. Bo podstawową jednostką organizacyjną samorządu jest gmina i to gmina ma mieć środki finansowe – to tam odpowiadają za największą część funkcjonowania obywatela. Najbogatszymi jednostkami samorządu są miasta na prawach powiatu takie jak Gorzów, czy Zielona Góra, Szczecin, Wrocław, Kraków itd. Jesteśmy w gronie kilkudziesięciu miast, które mają największe dochody i pełnią funkcje zarazem powiatu i gminy. 
 
Większość wydatków województwa to wydatki pochodzące z aktywności samorządu szczebla podstawowego. Nasze, gminne dochody są udziałem w podatku bezpośrednim od osób fizycznych PIT i CIT. Do tego otrzymujemy subwencje wyrównawcze, inne środki na oświatę itd. ze strony rządu. Ale nasze jednostki wojewódzkie – teatry, filharmonie, szpitale, te nam bezpośrednio podlegające – otrzymują środki na przykład z NFZ-tu czy budżetów odpowiednich ministerstw. Stąd budżet województwa uzupełnia, dokłada, wspiera finansowo, remontuje, a województwo jest partnerem w pozyskiwaniu środków pomocowych. Dajemy środki finansowe na wkład własny do projektów, ale województwo bezpośrednio wspomnianych jednostek nie utrzymuje, choć są one zapisane po naszej stronie i za nie odpowiadamy organizacyjnie. 
 
Dlatego jestem przekonany, że obecna forma organizacji i finansowania zadań wojewódzkich jest na odpowiednim poziomie. Jednocześnie uważam, że powinna być większa aktywność państwa w zakresie rozwiązywania problemów komunikacyjnych. Gorzów i kolej na linii 203 jest tego przykładem... Wszyscy się tym zajmują, ale tak naprawdę PKP jest powołana do uzupełniania potężnych deficytów w regionie i już dawno modernizacje w tej dziedzinie powinny być przeprowadzone. Pociągi z minimalną prędkością 120 km/h zelektryfikowanymi liniami powinny wyjeżdżać i przyjeżdżać do Gorzowa ze wszystkich możliwych stron. Oczywiście, kierujemy środki na dofinansowania biletów i funkcjonowanie przewoźników na terenie lubuskiego, dlatego ceny za przejazd nie są wysokie. To jest suma ponad 110 mln zł w 2023 roku. Dotujemy też subwencje państwowe dla regionalnych połączeń autobusowych – jesteśmy jednym z organizatorów tego typu przewozów i tu oczekiwałbym większych środków finansowych niż obecnie są przekazywane. 
 
Ale reasumując, uważam, że największe pieniądze powinny trafiać do gmin, miast na prawach powiatu i tak się dzieje. Za to ważkim problemem jest poziom finansowania powiatów – ten szczebel samorządu ma swoje obowiązki a środków na ich spełnienie już nie. Wystarczy spojrzeć na gorzowski MOF – zapyziałe, małe wioseczki z 3-4 tysiącami mieszkańców w ciągu kilkunastu lat zmieniły się w miasteczka po 8-9 tysięcy ludzi z własną infrastrukturą – szkołami, przedszkolami, ośrodkami zdrowia, kultury i sportu, drogami czy kanalizacją. 25 lat temu nikt tam o tym nawet nie myślał i tych spraw ze szczebla wojewódzkiego się nie załatwi.
 
Dziękuję.
 
W drugiej części rozmowy z marszałkiem Jędrzejczakiem m.in. o równomiernym rozwoju regionu, sprawiedliwym podziale środków pomocowych, integracji społeczno-politycznej województwa, także o planach Lewicy na przyszłą kadencję samorządu.

Komentarze:

W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych i na potrzeby wtyczek portali społecznościowych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki.
Zrozumiałem, nie pokazuj ponownie tego okna.
x